Mamy na Jelonkach dwie piwnice. Do dziś był w nich potworny burdel, który posprzątałem i jeśli jeszcze nie zauważyliście, to właśnie się tym chwalę. Strasznie mnie to zmęczyło i zgłodniałem też porządnie, więc poszedłem do chińczyka hał-hała nieopodal, żeby wziąć coś na wynos. I tak sobie siedziałem na zewnątrz, pogoda ładna i tak dalej i jakiś taki dobry humor mi się zrobił. Siedziałem, patrzyłem w dal, gdzie wznoszą się ściany bloków po drugiej stronie ulicy, a nad nimi latają jaskółki. I pomyślałem sobie tak. Gdybym nie miał zupełnie nic i w ogóle nigdy bym niczego nie posiadał, to także nie znał bym takiego pojęcia jak sprzątanie. No bo co może wiedzieć o sprzątaniu ktoś, kto nic nie ma. Wyobraźmy sobie jakiegoś troglodytę, który jedyne co może posprzątać, to liście na trawniku, albo gałązki pod drzewem, ale ponieważ ani trawnik, ani drzewno nie należą do niego (bo nic do niego nie należy), to po co ma to robić. I z jednej strony szczęśliwy jest taki troglodyta, bo troglodyci są znani ze wstrętu do wiosennych porządków, ale z drugiej strony, kiedy przyjdzie na niego czas, i troglodyta zdechnie, to żadna rzecz, żaden kot w pustym mieszkaniu po nim nie pozostanie. Kiedy ja zdechnę, to zostanie po mnie mnóstwo niepotrzebnych śmieci, i ktoś może sobie coś weźmie i pomyśli o mnie chociaż. A jak cała ludzkość nagle zdechnie, to zostaną po niej te bloki, puste mieszkania, puste samochody, puste resztki czegoś, co kiedyś było cywilizacją. No i to w zasadzie to wszystko co wtedy wymyśliłem, bo żona hał-hała przyniosła mi w międzyczasie żarcie na zewnątrz i wróciłem do domu.