Poznajcie Zosię, Jasia i Andrzejka. Nie ma się z czego śmiać. Są to pensjonariusze ośrodka dla niesłyszących dzieci numer 4 w Makowie Podhalańskim. Dzisiejszy dzień pozostanie na długo w ich pamięci. W zasadzie, jest to najważniejszy dzień jaki dla nich do tej pory nastał. Co takiego się zdarzyło? Śpieszę z wyjaśnieniami. Otóż Pani Hania, ich rehabilitantka starająca się o nagrodę innowacyjnego pedagoga roku postanowiła zastosować nowatorski sposób leczenia i zabrała dzieci do Warszawy. Feeria świateł (gdyż wjeżdżali do miasta nocą, czy późnym wieczorem) zdawała się nie mieć końca. Pędzące we wszystkich kierunkach auta, ogromne budynki (miały chyba z 50 pięter!), modni ludzie biegnący na spotkanie z przyjaciółmi (powiewając odzieżą). Ciepły powiew letniego miejskiego powietrza na twarzy, przywołujący wspomnienia z dawnych lat (no w przypadku dzieci to by było kiedy miały powiedzmy po 7), ostry zapach spalin z przejeżdżającego skutera… Tak… miasto niesie ze sobą tyle doznań. Brak tylko dźwięków. Jak już wspomniałem, dzieci nie słyszą.

Ale cóż to? Autokar zatrzymuje się przed Palladium. Jest to miejsce obecnie zwane klubem, które kiedyś było kinem. Usunięto wszystkie fotele, ekran zastąpiono sceną. Ludzi przybywa, parkiet przed sceną zapełnia się w całości. Czekamy. Zespół wchodzi na scenę, zaczynają grać.

Musielibyście wtedy być ze mną i widzieć te dzieci. One płakały. Łzy (szczęścia) pojawiły się na bladych policzkach tych niewinnych istot. Po raz pierwszy w życiu te dzieci usłyszały jakikolwiek dźwięk.

Nigdy potem nie doświadczyły niczego podobnego.

Później, długo po tym, kiedy Pani Hania dostała już nagrodę, a dzieci trochę podrosły, miasto podupadło, a ja wytrzeźwiałem, przeprowadzano badania, które miały ustalić, co tak na prawdę wtedy zaszło. Nie pytajcie mnie, ja tylko opisuję co widziałem, w czym uczestniczyłem. Nie mam przygotowania medycznego i nie mogę powiedzieć co tak naprawdę się stało, jednak obserwując lekarzy i same dzieci, wnioskuję, że było to coś niezwykłego.

Hania jako najbardziej otwarta z trójki starała się wydarzenie przedstawić za pomocą kolorów. Jej malunki przedstawiały coś na kształt eksplozji, czy może chmur, jednak we wściekle fioletowym kolorze, z zielonymi kropkami pośrodku. Jasio z kolei zaczął bardzo intensywnie uprawiać sport. Najpierw przez pół roku ćwiczył Judo, a kiedy osiągnął poziom mistrzowski jak na swój wiek, przerzucił się na ping-ponga i gra do dziś. Andrzejek jako jedyny zamknął się w sobie i nie ma z nim żadnego kontaktu. Na widok zdjęć zespołów Jazzowych staje się nerwowy.

Jednak to nie wszystko. Słyszałem o niewidomym człowieku, który mieszka w budynku, gdzie znajduje się Palladium i w czasie koncertu (mimo, ze w nim nie uczestniczył bezpośrednio), odzyskał wzrok. Szybko go jednak stracił na powrót.

Jako dodatkowy opiekun dzieci i wykwalifikowany organizator kolonii dla najmłodszych mogę wam powiedzieć jedno. Byłem na wielu koncertach, ale żaden nie był tak głośny jak ten. Może stałem za blisko, może wyczyściłem uszy zbyt dokładnie, wypiłem zbyt mało? Nie jestem pewien. Dość, że dźwięki, skądinąd mojego ulubionego zespołu sklejały się nieraz w wielki, niezrozumiały brzdęk. Żaden z instrumentów nie był za cicho, za to część była 2 razy za głośno. Saksofon, strunowe coś i wokal odcisnęły trwały ślad w moich bębenkach i chyba na korze mózgowej też. Przecież nie pisałbym aż takich bzdur! The Cinematic Orchestra wolę zdecydowanie w studyjnej wersji.