Ruszamy dziś wyjątkowo późno bo o 15. Wdrapujemy się jeszcze kawałeczek, a potem na szczycie punkt widokowy na fiord Geiranger. Niestety mnóstwo chmur. Aha, pogoda bez zmian, brzydkawo i często pada. Jesteśmy na wysokości 620 mnpm, przed nami zjazd droga orłów. Na dole zacumowany ogromny okręt pasażerski ( Crown Princess się nazywał). Zostawiam Asię i zjeżdżam na łeb na szyję. Uważam, że tak oszczędzam klocki, ale to chyba nieprawda. Wyprzedzam 3 samochody. Z 620 do 0 w kilkanaście minut. Super. Czekam nad fiordem na Asie. Tu krajobraz nie może się zdecydować, czy chce być morzem czy górami i jest i tym, i tym. Polacy wędkują i są głośni, ale sympatyczni. Jeszcze na górze robiliśmy zdjęcia teleobiektywem z punktu widokowego. Bardzo to fajnie urządzone jest. Po drugiej stronie, na szczytach gór widać opuszczone chatynki. Podobno do lat 60tych ktoś tam mieszkał. Teraz to jest atrakcja turystyczna. Jemy jumki na dole i czekamy aż statek coś zrobi. Trochę to trwało. Wtem wystrzały, widocznie jakiś sygnał i statek rusza. Kiedy zawył syreną, czuliśmy to w kiszkach. Echo pobrzmiewało w całym fiordzie dobre kilka sekund. Jest późno, bo strasznie się wleczemy i robimy dużo zdjęć. Chyba po 19 wyruszamy z miasteczka Geiranger na górę. Przed nami droga (tez się jakoś pewnie nazywa, ale nie pamiętam jak), która pnie się 1000 m do góry. Wspinaczka zajmuje nam mnóstwo czasu. Pogoda brzydka nadal. Na wysokości ok 800 chmury są już tak gęste, że widać na parę metrów. Zimno strasznie, wiatr. Ja trochę mam dosyć, warczymy na siebie. Dojeżdżamy na szczyt 1030m, koło schroniska nad jeziorem Djupvatnet robimy postój. Oczywiście nic nie widać. Nad nami gdzieś szczyt Dalsnibba. Jest po 23. Chcieliśmy wdrapać się następnego dnia na Dalsnibba, ale olewamy, bo jest strasznie zimno. Ruszamy na dół. W jeziorze pływają mini góry lodowe (tak to przynajmniej wygląda w tej mgle). Dookoła drogi tylko kamienie i śnieg. I kopczyki. Nie wiem czy pisałem, ale tu jest zwyczaj układania kopczyków. Są ich tysiące (w tym jeden nasz za Trollstigen). Nie wiem po co one są? Może społeczny czyn zmniejszania entropii? Jedziemy na dół, tam gdzie trasa 63 łączy się z 15. Rozbijamy się na parkingu obok. Jest ciemno i zimno. Obok nas jezioro Laegervatna. Nagle przeciągłe dudnienie. To mini lawina zeszła opodal (bardziej opodal mamo). Jemy dziś travellunche (dopiero drugi raz) bo mamy je na sytuacje ekstremalne. Mamy nadzieję, że będzie jutro coś widać. Motocykliści do nas machają (? teraz sobie nie przypominam, żeby po północy jacyś motocykliści do nas machali ?). Śpimy na 900m. Wieje. Czapy śniegowe zalegają na stokach powyżej nas. Z bliska wyglądają jak ociosane wielkim dłutem. Trip : 45, time : 4:38, avg : 9.81.