Kiedy się budzimy, leje. Szybko pakujemy manatki. Nocowaliśmy przy takiej zatoczce koło trasy, gdzie zmęczeni kierowcy mogą sobie odsapnąć. Są tu stoły i kawałek płaskiego miejsca na rozbicie namiotu (oczywiście na dzikusa). Na śniadanie kabanos i mieszanka studencka (Asia bez kabanosa :). Przy pakowaniu namiotu kijek utyka mi w gównie. Fu. Na szczęście jesteśmy przy rzece. E6-tką jedziemy kawałek do Dovre. Tam jest już ścieżka rowerowa. Fajnie tak w środku gór od wsi do wsi kilkanaście km ścieżki. Dojeżdżamy do Dombas (po drodze pada, oliwimy łańcuchy, bo jęczą, zdjęcia). w Dombas rozchodzi się E6 I E136. Asia zostaje, a ja idę na rekon. Dombas to jest chyba taka miejscowość, którą się odwiedza tylko przejazdem. Kilka sklepów w tym jeden duży I mnóstwo turystów. W przyczepach. Tutaj w ogóle chyba spędza się wakacje w kamperze. Mijają nas setki tych wozów kempingowych, przyczep małych i dużych etc. Rowerzystów z sakwami nie widzieliśmy ani razu. Wyobrażałem sobie, że będzie ich mnóstwo, przecież mekka (męka?) rowerzystów etc (później spotykaliśmy już więcej takich jak my, ale nadal nie było ich tak wiele jak to sobie wyobrażałem). Kupuję hot doga na statoilu. Za 50kr. Z bekonem. Potem chlebek w piekarni za 16.50 i idę do informacji. Okazuje się że E136 nie ma tego cholernego zakazu dla rowerów (dla traktorów tez nie ma) i można jechać. Potem Asia robi kanapki i wysyła mnie z powrotem do sklepu po batony i jeszcze jeden chleb. Przy kasie zgłupiałem, bo tam był automat do monet. Panu daje się papierki, on wkłada je do osobnych dziurek, które je wciągają. Monety wkłada się już samemu do innego automatu, zaraz obok. Pieniążki mi poleciały na podłogę, nie wiedziałem który jest który (z dziurką? Bez?) Ogólnie sierota. Kiedy wróciłem, Asia natychmiast zauważyła, że z chlebem coś nie tak. Kupiłem chleb do piekarnika. Załamałem się (śmiala się ze mnie i trochę sie posprzeczaliśmy, ale koniec końców okazało się, ze chleb jak najbardziej nadaje się do jedzenia i jest całkiem smaczny). Ruszamy E136. Polecam. Trochę tirów jeździ, ale ogólnie ruch niewielki no i cały czas lekko z górki. Często też zjazd na ścieżkę. Jedziemy do Andalsnes, z Dombas to 108km. Krajobraz coraz bardziej surowy. Dookoła nas (jedziemy doliną) wyrastają Babie Góry (po 1700, czasem 1900). Coraz częściej widać na nich śnieg. Dużo strumieni, w jednym bierzemy wodę. Postój, ostrzeżenie o dużym nachyleniu drogi i wio. Zjazd 60 km/h przez 10, 15 minut. Krajobraz robi się alpejski. Pionowe skały wokół nas, z nich 50 metrowe kaskady wody, huczy grzmi i wpada do rzeki, która wije się wzdłuż drogi, a woda w niej jest tak przejrzysta, ze widać dno. Roślinności na tym nie ma prawie już wcale. Asia zauważa mały zjazd w kępie krzaków. Tam się rozbijamy. Namiot stoi teraz nad lodowatą rzeką Mongefossen (chyba) a my pijąc herbatkę podziwiamy wodospad spadający 50 metrów w dół. Woda opada jakby w zwolnionym tempie. Umyliśmy się, woda jak lód. trip : 103.32, avg : 19.04, time 5:25.