Chyba dzień 9, już straciłem rachubę. Wstajemy. Asia o 9:30, a ja później, bo bylem strasznie śpiący. Śniło mi się, że olimpiada była w Warszawie. Wyruszamy koło 12 i jedziemy dalej w stronę Lom trasą nr. 15. Pogoda piękna, mieliście rację. Trasa wiedzie spokojnie w dół, w około coraz wyższe góry. Generalnie jazda trochę nudna, ale gnamy całkiem szybko. Zatrzymujemy się raz czy 2 na odpoczyn. Na stacji Statoil kupujemy batoniki (po 20, o 8 drożej niż w Kiwi) i ja kupuję hot-doga (48 NOK), o którego Asia jest trochę zła, bo też jest głodna, a nie ma nic dla wegetarian. Ruszamy dalej i dojeżdżamy do Lom. Tam podziwiamy kościół z 13 wieku, tzw. Stavkirke. Jakiś pan bacznie się przygląda rowerom. Po chwili pyta : “Polacy?”. Poznał po krosie. Po chwili z żoną opowiadają co i jak w okolicy i mówią o tanim kempingu w Kaupanger. Może tam mi się uda naładować telefon, ale nie wiem. Jak na razie mam pół baterii, wiec szybko się wyczerpie. Kościółek fantastyczny. Zdobiony głowami smokow i w ogóle wygląda jak wyjęty z epoki wikingów (no bo jest z niej wyjęty). Pachnie kadzidłem (z zewnątrz :). Idziemy do sklepu (Coop) robimy zakupy jedzeniowe największe jak do tej pory. Tuńczyk w sosie własnym 8.50, 4 jabłka 11.42, marchewka z groszkiem w puszce 10.50, sok do wody ok 30. Super sałatka ziemniaczana za 26. Serek 16.50 (tyci serek). Kupiłem tez sok do wody (23.50). Z tą sałatką, to przeczytaliśmy też w innej relacji, że jest tania i dobra. Mamy cały kilogram. Płacimy kartą i działa. Potem w Kiwi szukamy white spiritu, naszego super paliwa do kuchenki, ale jest tylko podpałka do grilla, której nie chcę lać, bo się boję, że się dysza zapcha. Na stacji Esso znajduję za 29 NOK 1 litr, podczas gdy na Statoilu wcześniej było 69 NOK za litr. Ruszamy na trasę 55 z Lom, oznaczoną takim śmiesznym znakiem. Pewnie jakaś ważna turystyczna. Dolina Boverdalen. Teraz jesteśmy na skraju Elveseter (moglem pokićkać coś). Minęliśmy też pomnik w Elveseter. Trochę to się nie składa, ale Asia mi tak dyktuje. Dość, że otaczają nas góry po 1800, 1900 metrów, a jutro zobaczymy najwyższe szczyty Norwegii. Są to góry Jotunheimen. Nocujemy teraz na pięknym niby kempingu. Jest tu kibelek z ciepłą wodą (wszystko na fotokomórkę) i mnóstwo stoliczków. Obok rwący potok z zabarwioną na szaro woda. Huczy niemiłosiernie. Tak tan hałas jest monotonny, ze zaczynam przez niego słyszeć inne dźwięki. Grzmoty burzy, lawiny, silnik samochodu. A to tylko ten potok. Bzy tu kwitną. trip : 77.05km, time 4:15, avg : 18.08