Ponieważ gwoździem programu dzisiejszego dnia ma być lodowiec Nigardsbreen, wstajemy o 7. Asia nastawiła komórkę. Jedyny autobus w okolicy to o 0920 (tak oznaczone są godziny na rozkładach) z Hasflo. Wygrzebujemy się z tych podmokłych krzaków godzinę. Trochę się przy tym kłócimy, nie jemy śniadania. Na przystanek mamy jakieś 15 minut na dół (nie rozbijamy się bowiem w widocznych miejscach mimo tego całego allemanstretten, czy jakoś tam). Na przystanku jemy chleb z serkiem. Trochę popaduje. Rowery zostawiamy koło supermarketu Spar w Hasflo za tablicą ogłoszeniową. Będą tam stać (z sakwami i całym dobytkiem przez cały dzień). W ogóle jeśli chodzi tu o przestępczość, to zastanawiam się, czy ona w ogóle istnieje. Na przykład Norwegowie uwielbiają zostawiać samochody z włączonym silnikiem (co mnie wkurza, bo śmierdzi). Podejrzewam, ze to nawyk z zimy, żeby silnik nie ostygł. Częstym widokiem tu jest samochód stojący przed sklepem z włączanym silnikiem (czyli ma kluczyki w stacyjce i czyli jest otwarty, tak dodam dla ułatwienia) przez na przykład 30 minut. Stoi i chodzi. A że jest gorąco, to dmuchawa mu się włącza i wyje i w ogóle. No więc o rowery się nie martwimy za bardzo. Mamy aparat, ciepłe ciuchy i teleobiektyw. Reszta w sakwach. Przyjeżdża jeden, chyba do Otty, a potem fjord1 do Nigardsbreen (bezpośrednio). Płacimy 190coś od osoby. Z tyłu Niemcy wesoło szprechają do siebie i cieszą się na nasz widok. Bardzo są sympatyczni ci Niemcy. Podróż trwa godzinę i droga jest zakręcona. Wiele zakrętów, autobus kluczy i wjeżdża w tunele. Asia panikuje w tunelach i każe się ściskać za rękę. W końcu na przystanku przy muzeum wszyscy wysiadają. Popełniamy błąd straszliwy i wysiadamy ze wszystkimi. W muzeum trochę zagubiony pytam jednego z niemieckich kolegów (tego który nas zaczepił pierwszy wczoraj). Okazuje się, że autobus ma jeszcze jeden przystanek wyżej i że musimy iść 5 km z buta. Spiekota się zrobiła, upal niemiłosierny, idziemy. To jest park narodowy i oczywiście jak przystało na Norwegię wyasfaltowana aleja na górę. Pokonujemy ją w około godzinę lub mniej. Dalej bierzemy łódkę przez jezioro, które powstaje chyba z lodowca, tak na chłopski rozum (30nok). Dalej spacer 15 min po wielkich kamulcach (takich w zasadzie zboczach z litego kamienia bez jednej szczeliny) idziemy w stronę jęzora. Jęzor jest w zasadzie biały, ale trochę brudny, jakby przykurzony. W szczelinach kolor przechodzi w głęboki niebieski. Ale taki naprawdę głęboki, pogłębiający jeszcze te pęknięcia i jamy. Na lodowcu małe punkciki. To wycieczki. Są 3 opcje : family walk za 200nok, to krótki (1h) spacer po lodowcu. Wszyscy dostają czekany, raki, kaski i są spięci sznurkiem. Potem są lepsze opcje, których nazw nie pamiętam, dość, że można wejść do lodowca (do jakiejś jego szczeliny) do środka. My nie skorzystaliśmy z żadnej opcji, tylko pomarudziliśmy na spodzie, pod wielką niebieskobiałoszarą ściana popękanego lodu. Z bliska to taka wielka śnieżynka lodowa. Lód jest gładki, ale spękany w środku, niejednolity. Zjedliśmy po kawałku. Asia mówi, że jej wyrośnie lodowiec w brzuchu. Nie wyprowadzam jej z błędu, niech sobie tak myśli :) Czas nas nagli o 1215 wyrusza autobus fiord1 z Nigardsbreen z powrotem. O 1235 wyrusza spod muzeum. Niestety nie zdążyliśmy na 1215 i pozostaje nam następny autobus, który jak się potem okazuje jest spod muzeum o 1700. Ale tego jeszcze nie wiemy. Wracamy na piechotę do muzeum. Tam orientujemy się w rozkładzie (albo i nie, bo rozkład jest zupełnie inny niż u nas i nic z niego nie rozumiemy). Siedzimy czekamy. Najpierw kupiliśmy po lodzie (20), potem wodę, potem jedna kolkę (25) potem kanapkę z krewetkami (mega zajebiście pyszna. 50) potem znów kolkę i znów kanapkę. Na samo żarcie poszło ponad 150). W końcu wracają i Niemcy. Narzekam im, że nic nie rozumiem z rozkładu i trochę gadamy z tym najrozmowniejszym. Potem gadamy też z szefem. Okazuje się, że oni mają wszystko obcykane dzięki niemu i nie spóźnili się na żaden autobus, wiedzieli gdzie wysiąśc etc. Szef uczy się norweskiego i jest tu w lato już 6 raz. Poza tym był kilka razy w zimie. Norwegia to jego konik. Kierowca chyba nas już rozpoznaje, bo ładowałem się do autobusu kilka razy myśląc, że odjeżdża do Hasflo (a autobus tam krąży kilka razy), jedziemy. Zaczyna padać. Ostatnio jakoś tak jest, że jak Asia powie, że “dobrze, że nie pada”, albo “żeby tylko nie padało”, to natychmiast zaczyna. Jako kapitan zabroniłem kategorycznie takiego narzekania, ale wiadomo. Kuchcik. No więc leje. Żegnamy się z Niemcami i wysiadamy w Hasflo. Rowery oczywiście są na miejscu. Kupujemy potetsalat. Mniam! Oddaję butelkę po koli 0.5 do specjalnej maszyny. Nic nie rozumiem, ale dostaję kwitek na jedną koronę. Cieszę się i żałuję po cichu, że Polska zrezygnowała ze zwrotnych butelek (ptyś, mazowszanka…). Ruszamy na południe drogą 55 w stronę Sogndal. Tam na Statoilu WC, a potem ruszany w lewo przez most w stronę Kaupanger. Zaczyna lać potwornie. Dawno tak nie przemokliśmy. W ogóle w Lom poznani Polacy polecili tani kemping w Kaupanger. Dlatego własnie tu jedziemy. Mamy nadzieję podładować komórkę, co jak wytrawny czytelnik zauważy, udało się. Wszakże ten ekran byłby biały i bez literek, czyż nie? W Kaupanger gadamy na stacji z ekspedientką. Jest bardzo pomocna. Wskazuje drogę do bankomatu, na kemping, wyjaśnia jak się dostać do Laerdal i wreszcie sprzedaje znaczki. Leje dalej. Okazuje się, że do Laerdal można jechać dalej prosto, ale przez długaśny tunel i tam rowerom wstęp-wzbron. Trzeba autobusem. Natomiast przeprawa promowa z tego co zrozumieliśmy nie działa i można się tylko i jedynie zabrać na statek wycieczkowy płynący właśnie z laerdal, przebyć całą trasę po fiordach i wrócić do Laerdal (To oczywiście nie prawda. Statek jest faktycznie wycieczkowy i faktycznie ma taką trasę jak wyżej, ale wracając znów zatrzymuje się w Kaupanger i można się wtedy zabrać do Laerdal za dużo mniejszą kwotę). Tak chcemy zrobić. Promy przypływają 4 razy dziennie, pierwszy jest 0930, drugi 1205, potem chyba koło 16 i 18. Odnajdujemy kemping. Jest niedaleko za przystanią promów. Wita wielki koślawy napis “self service” a dalej w kilku językach wyjaśnienia : można się zatrzymać, jest WC, nie ma prysznica. Poniżej są koperty, do koperty proszę wrzucić pieniądze (tu cennik. Namiot bez samochodu ni motocykla 40nok). Kopertę wrzucić do puszki obok (przybita skrzynka na listy). Na kempingu parę kamperów i samochodów z namiotami. Po krótkich oględzinach okazuje się, że w męskim przewidziano kontakt dla maszynek do golenia. Podłączam komórkę i zostawiam na 2h. Rozstawiamy namiot (kapie) myjemy się i jemy (kapie). Wreszcie zziębnięci włazimy do namiotu i opatulamy się w śpiworki. Asia już smacznie chrapie (jest za 15 2ga w nocy) a ja piszę notkę i korzystając z naładowanej baterii piszę i piszę. Cieszy mnie, że odpukać nic tu nie ginie i ludzie sobie tak ufają. Chyba dzięki temu (jestem tego pewien) lepiej się tu żyje. A na pewno sympatyczniej. Idę spać. Buziaki. Trip : 37.16, time : 2:14, avg : 16.58.