Witam wszystkich czytaczy. Tu Asia i Iwasz z mokrej Norwegii. Znów nie mieliśmy zasięgu i nie mogliśmy wysłać relacji, więc dopiero przed chwilą pojawiła się na blogu. Właściwie to chyba pokażą się obydwie w tym samym czasie. Nieważne. Pogoda nas nie rozpieszcza jak to mówią. No ale cóż. Wstajemy, pakujemy się i ruszamy na górę. Malowniczo jak wczoraj. Czasem przejedzie pociąg i zatrąbi, żeby zaraz schować się do tunelu. Od czasu do czasu rzeka znika w tunelu wydrążonym dla niej (raczej potok). Wjeżdżamy na pastwisko. Na drodze kilkadziesiąt kózek. Jedna się interesuje i głaszczemy ją. Próbuje obgryzać elementy rowerów. Na 2 lub 3 km przed Myrdal zaczyna się podjazd tak stromy, że przez następne 2 godziny pchamy rowery. Łącznie pchaliśmy przez 17 serpentyn. Ja próbuję jeszcze na początku jechać ale w pewnym momencie przednie kolo podrywa się do góry i ląduję na plecach. Wszyscy mijający nas turyści idą lub zjeżdżają na rowerach na dół. Wielu z nich przystaje i pyta się jak się jedzie, albo czy nie lepiej kolejką na górę, a potem jak oni na dół. Narodowości wszelakie, nawet z Japończykiem gadałem. Mówił, że nachylenia jest około 20%, wiec jest spoko. Zaraz przed końcową stacją Flamsbana, droga rozchodzi się na 2. W prawo jest do Myrdal (i jest drogowskaz), a prosto jest na Rallarvegen, ale nie ma znaku. Potem już cały czas nie było znaków, a to chyba z tego powodu, że jedziemy w przeciwnym kierunku niż wszyscy (później w Oslo gadaliśmy z jednym z Norweskich rowerzystów, który wręcz nazwał to “w złą stronę”). Od rozstaju dróg jest tylko kilka, kilkanaście minut pchania, a potem płaskowyż i można (prawie) jechać. Oczywiście szutr. Krajobraz posępny, nie wiem co jest bardziej szare : niebo, skały (a może nasz namiot). Roślinki szybko kończą się i zaczynają się ośnieżone pagóry i jeziora. Muszę Wam przyznać w sekrecie, że dzisiejsza droga była chyba najcięższa jak do tej pory. A to z tego powodu, że zerwał się pod wieczór straszliwy wicher w twarz. W niektórych miejscach ciężko było iść bez rowerów, a co dopiero je pchać. O jechaniu nie było mowy. Dodatkowo po paru kilometrach zaczęły się zaspy. Śnieg trochę się już porozpuszczał, więc buty szybko przemakały. Najdłuższa zaspa jak na razie miała z 200 metrów. Do tego deszcz i czasami ostro pod górkę. Ja miałem szybko dość, chciałem nawet zawracać i rozbijać się w cichszym miejscu, ale kuchcik twardo obstawał że jedziemy. Kolo 23 znaleźliśmy miejsce jako tako osłonięte (północny stok, a wiało właśnie z południa na północ). Dziś sytuacja extremalna, więc wyciągnęliśmy travellunche, które w takich momentach nas ratują. Ledwo co udało się rozpalić maszynkę. Teraz siedzimy w namiocie koło wielkiego głazu. Deszcz leje jak szalony, wiatr miota namiotem. Mamy nadzieję, że namiot się nie złoży, ani nie przecieknie. Uściski. Trip : 44.33, time : 6:01, avg : 7.36.