Budzi nas straszna ulewa. Czekamy aż przestanie padać. Kiedy przestaje, zwijamy wszystko. Ja jadę rozmienić 100 koron żeby wrzucić do puszki 40. O 1205 jest rejs wycieczkowy z Laerdal do Govensdal (mogłem pochrzanić tą nazwę). Kupujemy bilety do, i z powrotem. Ładujemy się na prom i wśród tłumu (naprawdę tłumu) zajmujemy miejsce na górnym pokładzie widokowym. Widok mamy do tyłu. Różne języki słychać wokół nas, głównie włoski. Co jakiś czas włącza się szczekaczka, która mówiąc w kilku językach objaśnia co i jak. No i mijając skały i pionowe ściany widzimy wioski do których jest dostęp tylko od morza, albo w tym a tym miejscu fiord ma 900 metrów głębokości, a to to, a to tamto. Po polsku niestety szczekaczka nie umie. Statek powolutku zostawia za sobą kolejne odnogi fiordu. Naeroyfiord, Laerdalfiorden, Aurlandfiorden. A ten największy, po którym płyniemy to Sognefiord. Jeśli ktoś chce zobaczyć trasę naszej wycieczki promem, to ruszyliśmy z Kaupanger do Gudvangen, a potem z powrotem do Kaupanger i stamtąd do Laerdal. Masa turystów zaczęła mnie szybko wkurzać, ale chyba taki już jestem, ze się szybko niecierpliwię i narzekam. Kręcili się jak smród po gaciach. Kiedy dopłynęliśmy do Gudvangen wszyscy wysiedli robiąc miejsce następnym pasażerom, a my w tym czasie zajęliśmy dogodne (najlepsze miejsca). W drugą stronę miałem świetny widok i nikt mi nie łaził. Szybko jednak zaczęło strasznie wiać i mimo dobrych chęci musieliśmy się schować w mesie, czy jak to tam. No taka wielka zatłoczona stołówka. Tam cieplutko i relaks na całego. Po 6 godzinach, czyli kolo 18 lądujemy w Laerdal. Bardzo przyjemne miasteczko do którego prowadzi Lærdalstunnelen, najdłuższy chyba w Europie tunel (niecałe 25 km w litej skale). Powinniśmy Norwegom obiecać dużo potetsalat i żeby nam wykopali metro. Przez warszawskie ubogie gleby przegryźliby się jak przez masło. Niebo pół na pół, nawet słoneczko nieśmiało wychynęło. Idziemy obadać sklep (Kiwi). Kupujemy pyszności (potetsalt, sok do wody, batony). Spotykamy tam jednego człowieka z załogi niemieckiej. Rozbili się na kempingu opodal. W Laerdal zachowała się oryginalna zabudowa z 18 wieku. Z krzykiem mew miasteczko przypominało mi Liepaję w której byliśmy rok temu (Łotwa). Tylko te góry. Domków jest w zasadzie tylko jedna aleja. Pusto i cicho, przechadzamy się wśród kolorowych domków. Każdy jeden wygląda jak mały zabyteczek. Porządek, ład, posprzątane. Kwiatuszki co 30 cm w glinianych doniczkach. W oknach widać to jakieś figurki, to jakieś bibeloty nikomu niepotrzebne, ale wprowadzające siedzącego wśród nich domownika w dobry nastrój. Zza jednego z okien rzędy starych butelek różnej wielkości i kształtu. Jakiś nie znany mi (ale bardzo sympatyczny) kawałek rolingstonsów z pobliskiego sklepu z płytami uświadamia nagle, że ktoś tu jednak jest i miasteczko nie jest wymarłe. W sklepie płyty winylowe. Zrobiło mi się tam miło. Ale ruszamy dalej. Na Aurlandsvangen, zwaną także snowvegen(?). Od samego początku mozolna wspinaczka. Na domiar złego zaczyna lać. Ale tak porządnie i po paru chwilach wszystkie ubrania na nas są mokre. Sakwy Crosso Dry jak zwykle nie puszczają ani kropelki. W końcu to milimetrowa guma. Mam dużo cięższe przełożenia niż Asia, więc czasem kiedy mnie już bolą stawy ruszam szybciej zostawiając ją z tyłu. Potem czekam. W jednym z takich miejsc, kiedy na nią czekałem, znalazłem mnóstwo poziomek. Zbieram całą garść i zjadamy razem. W końcu Asi rozwala się but (nie wiem który już raz - obydwa buty są posznurowane i podrutowane). Koniec, w tym miejscu coś musimy znaleźć (a od godziny nie było równego kawałka). Idziemy na piechotę kawałek do góry wzdłuż szosy i znajdujemy miejsce wprost przygotowane dla nas. Od szosy odchodzi ścieżka w las, kończąca się wielkim głazem i dwoma paleniskami. Widać, że ktoś już tu się rozbijał. Dostępu od szosy broni zwalona brzózka. Rozbijamy się (kropi już mniej), jemy i idziemy spaś. W namiocie Asia wylewa herbatę na śpiwór i kłócimy się, bo twierdzi, ze ją potrąciłem. Ja idę w zaparte. Ale generalnie, to się nie kłócimy. W dole grzmi rwący potok (jakby kto spuszczał wodę z tamy). Trip : 20.61, time : 2:32, avg 8.12.