Jesteśmy 15 km przed Lillehamer. Kiedy wstaliśmy, padało, na szczęście szybko przestało i wilgotni ruszyliśmy koło 12 czasu polskiego (dopiero potem się okazało, że czas polski i norweski jest taki sam). Trochę nam się nasunęło obserwacji : domki są tutaj śliczne. Każdy ma drewniany domek w innym kolorze ład i porządek ogromny. Większość ma werandy, tam stół, kolorowe krzesełka, kwiatków dużo etc. Bajka. Nawet byłem w środku w jednym domku, kiedy poprosiliśmy o wodę. Drewno : mnóstwo rzeczy tu się robi z drewna. Ogrodzenia, każdy słup elektryczny, nawet ekrany takie przy drodze etc. Trampoliny : co 5 domek ma trampolinę na podwórku. Przedziwne. Ceny : już pisałem, ale dziś miałem nowy zawód. W Gjovik poszliśmy do minibanku (bankomat) a potem do maka. Zestaw bikmaka kosztował 90-coś, czyli 5 dych na nasze. Olałem. Dużo rowerzystów i motocyklistów. Asia zazdrości motocyklistom silników. Mówi też, że młodzież jest tu brzydka. Sporo ubiera się jak gangsterzy-raperzy. Z Gjovik ruszyliśmy ścieżką rowerową wzdłuż trasy nr 4. Jest tu mnóóóóstwo ścieżek rowerowych, ale nie są oznaczone dokąd prowadzą. Tym razem ścieżka się urwała, natomiast po tej 4rce zakaz rowera. Złamaliśmy, ale skręciliśmy na najbliższy objazd. Na mapie wyglądał ładnie, ale to było ogromne górzysko i drapaliśmy się 5 km przez godzinę. Potem w końcu trafiliśmy na dobrze tym razem oznaczony szlak do Lillehamer. Rozbiliśmy się na dzikusa na cypelku wrzynającym się w ogromne jezioro Miosen. Znaleźliśmy kąpielisko z ławeczkami, śmietnikiem i domkiem, który jest zamknięty (ale świeci się latarenka). Kąpiel w lodowatej wodzie (którą oglądamy dziś z góry cały dzień, bo jedziemy wzdłuż jeziora - ono ma chyba 100 km dlugosci i jak się później dowiedzieliśmy, jest największe w Norwegii). Obiadek zrobił kuchcik Asia (bo nasza załoga składa się z 2 osób : kapitan (ja) i kuchcik). Kisiel herba, czyści super. Pogoda nadal w kratkę, zlało nas parę razy, ale ok. Buziaki. trip : 85, avg 16.91, time 5h.